Z ŻYCIA WZIĘTE

Nie chcę mi się chcieć

Będąc nastolatką uwielbiałam o siebie dbać. Miałam chyba z 10 maseczek do twarzy. Zawsze pełen makijaż starannie wykonany, ułożone włosy i dobrane ubrania. Mimo, że mój budżet był bardzo okrojony, potrafiłam z niewielu rzeczy, kosmetyków i produktów zrobić coś naprawdę fajnego. Lubiłam to robić, tworzyć, próbować i testować. Uwielbiałam buty na wysokich obcasach, spódniczki i sukienki. Eleganckie bluzki i biżuterię. Uwielbiałam eksperymentować z modą, nowymi fryzurami podejrzanymi w telewizji i młodzieżowych gazetach oraz makijażem. I tutaj szczerze się przyznaję, że nie zawsze to wyglądało dobrze ale uwielbiałam to.

Chciało mi się to wszystko robić. Chciało mi się wyglądać dobrze, testować nowe pomysły i dbać o siebie.

Uwielbiałam myć włosy rano (przez to nabawiłam się niezłego zapalenia zatok) ale lubiłam tą ich świeżość, lekkość i łatwość w układaniu.

Uwielbiałam dbać o siebie, każda minuta poświęcona sobie, swojemu ciału sprawiała mi niesamowitą radość. Czułam się piękna. Gdy wyjechałam do Holandii trochę to się zmieniło. Praca fizyczna sprawiła, że miałam coraz mniej ochoty na stanie przed lustrem. Lecz wciąż próbowałam. Walczyłam ze swoimi chęciami. Zresztą moją sąsiadką była sześćdziesięcioletnia Polka, która na swój sposób bardzo o siebie dbała. Ogólnie to było mi glupio, że jej się chciało, a mi już nie bardzo.

Miałam większe możliwości, a chciało mi się coraz mniej. Gdy zaszłam w ciążę wyobrażałam sobie siebie jako piękną i zadbaną ciężarną, która będzie się cieszyła tym jakże „cudownym” stanem. Rzeczywistość oblała mnie wielkim kubłem zimnej wody. Poranne mdłości, złe samopoczucie, ciągłe zmęczenie zupełnie nie pomagały w realizowaniu moich wyobrażeń o pięknej ciężarnej, rodem prosto z reklam kremów na rozstępy dla ciężarnych. Czar prysł, a mi się zupełnie nie chciało – nie chciało mi się nawet chcieć.

Wciąż powtarzałam sobie, że będę piękną i zadbaną matką. Gdy tylko urodzę i wszystkie te męczące dolegliwości mnie opuszczą.

Tak więc tym razem dostałam od rzeczywistości wiadrem w głowę (woda nie pomogła). Gdy się odcknełam, byłam nie wyspaną, zmęczoną, zagubioną matką z baby bluesem w gratisie, w leginsach (bo tylko w nie się mieściłam) i rozciągniętą bluzką z wkładkami w staniku.

Nie wiedziałam jak ugryźć temat. Idąc do sklepu po nowe ubrania zawsze wychodziłam z siatką ubrań dziecięcych. Sobie nie kupowałam nic, zresztą nawet nie wiedziałam jaki miałam rozmiar (40 był za duży, a 38 za mały).

Dzisiaj jestem matką, żoną i kobietą. Każda z tych ról jest dla mnie tak samo ważna. Nauczyłam się również dbać o siebie, nie tylko o dziecko. Choć wciąż brak mi tej kreatywności co kiedyś, to wciąż uczę się na nowo. Codziennie stawiam sobie nowe cele związane z każdą z tych postaci, którymi jestem na codzień. Mimo, że suchy szampon stał się moim dobrym przyjacielem, dresy to wciąż mój ulubiony zestaw ubrań, a włosy związane w kucyka to moja najczęstsza fryzura to chce mi się chcieć. Mam ochotę coś zmieniać i poświęcać czas również sobie.

Pewne zmiany zachodzą w nas naturalnie. Na inne zmiany potrzebujemy więcej czasu ale najważniejsze, że nie zatrzymujemy się w miejscu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *